czwartek, 29 sierpnia 2013

Pamiętnik Apokalipsy -Król Królów


Rozdział 8

 Nie dane mi było odpocząć, paręnaście minut po opuszczeniu namiotu przez Achillesa, przybyli greccy wojownicy. Próbowałam się wyrwać, ale nie było szans uciec , kolejny raz tego dnia przeklęłam swoją sytuację. Złapałam nóż i zamachnęłam się na mężczyznę stojącego najbliżej mnie. Grek zrobił sprawny unik, mimo to udało mi się zranić go w ramię. Cienka stróżka krwi spłynęła mu z nacięcia. Wojownik nie czekając na mój drugi cios złapał moje nadgarstki, skutecznie mnie unieruchamiając.
- Ostra panienka, mam nadzieję, że Król odpowiednio się tobą zajmie. – wysyczał mi do ucha, poczym związał mi nadgarstki i wyprowadził z namiotu. Zachodzące słońce ostatnimi promieniami ukazywały przerażającą prawdę. Greccy wojownicy byli wszędzie, a przy brzegu stały niczym widma okręty najeźdźców. Poczułam pchnięcie w plecy i ostry głos zranionego przeze mnie mężczyzny, bym zaczęła iść. Postanowiłam, nie dać sobą pomiatać i ruszyłam w skazany przez niego kierunek. Jeszcze nie widziałam tylu wojowników za jednym razem. Co chwilę mijaliśmy jakiegoś greka, z mieczem u boku. Po chwili prowadzący mnie mężczyźni skręcili. Wepchnęli mnie do jednego z ogromnych namiotów, przez co potknęłam się i o mały włos nie miałam bliskiego spotkania z ziemią. W ostatniej chwili złapałam równowagę. Podniosłam głowę i zamarłam. Na wielkim fotelu przypominającym tron siedział mężczyzna z koroną na swoich czarnych włosach. Wyglądał na około dwadzieścia pięć lat, ale oczy zdradzały jego podeszły wiek. Nie zdziwiłabym się, gdyby jego wygląd był zasługą nadprzyrodzonych sił, w końcu Chrisos też wygląda bardzo młodo, a ma już sto lat, nie wspominając o reszcie Ireia. Przed mężczyzną stał Achilles i tępo wpatrywał się we mnie.
- Nie zgadzam się! Jeśli zabierzesz ją, to ja i moi ludzie, wracamy do domu. – Wywrzeszczał Achilles.
- Myślisz, że ja Agamemnon, potrzebuję twojej pomocy? – Czarnowłosy zaśmiał się. – Mam do dyspozycji tysiące wojowników i jutro zdobędziemy Troję. To będzie moje największe zwycięstwo! I na wieki zostanę zapamiętany jako ten, który podbił miasto nie do zdobycia.
Na twarz Achillesa wypłynął wyraz złości i szczerej nienawiści.
- Jeszcze będziesz błagał o pomoc, a wtedy nas nie będzie. – wysyczał. Agamemnon spojrzał na mnie i machnął ręką, że mają mnie wyprowadzić z namiotu. Dwaj strażnicy złapali linę, przywiązaną do moich nadgarstków i wyciągnęli mnie z powrotem na plaże, by zaciągnąć mnie do innego namiotu. Sprawnie przywiązali mnie do drewnianego słupka i zostawili. Rozpaczliwie rozglądałam się za jakąś bronią, ale nigdzie nie było nic przydatnego. Bogate wnętrze namiotu przybijało mnie jeszcze bardziej, w moim umyśle zaczęły się tworzyć nieciekawe scenariusze najbliższej przyszłości. Chociaż, mogę mieć szansę pozbyć się Agamemnona.
Nie minęło więcej czasu niż godzina, mimo to nie miałam już czucia w palcach u dłoni. Powinnam się tak nie szarpać z tymi linami, strasznie obtarłam sobie nadgarstki. Westchnęłam poddając się, nie miałam siły na dalszą walkę, wtedy usłyszałam poruszenie się materiału. Do namiotu wszedł nie kto inny jak Agamemnon we własnej osobie. Dostojny wysoki, czarnowłosy mężczyzna o kościstej twarzy, a w jego czarnych oczach można było dojrzeć jego inteligencje, a zarazem szaleństwo.
- Cóż za zaszczyt, poznać cię droga kapłanko trojańska. Kto by przypuszczał, że jakakolwiek Ireia, da się złapać zwykłym wojownikom. – podszedł do mnie i podniósł mój podbródek do góry. – Musisz być wyjątkowo słaba lub głupia. – Uśmiechnął się nieprzyjemnie. – ale mi to nie przeszkadza. Nachylił się bliżej. – Ciekawe jak smakujesz. – wyszeptał, na co ja się uśmiecham jadowito.
- Och, nie masz pojęcia jak paskudnie. – odpowiedziałam. Agamemnon zaśmiał się nieprzyjemnie. – Zapewne ty smakujesz tak samo jak ja, nieprawdaż starcze? –Zaczęłam go prowokować, by stracił czujność, podczas tej rozmowy starałam się skupić na sztylecie przyczepionym do pasa mojego wroga.
- Więc się zorientowałaś. Można było się tego po tobie spodziewać, w końcu też się nie starzejecie. – Przejechał palcem po stigmie na mojej ręce. Zamknęłam oczy skupiając całkowicie swoje myśli na sztylecie. Nadgarstki paliły żywym ogniem, a on nie chciał ani drgnąć. Dłoń tego potwora zaczęła przesuwać się w okolice mojego biustu. Mój instynkt samozachowawczy zareagował natychmiast. Stigma zaświeciły się, parząc Agamemnona. Nogami przycisnęłam mężczyznę do ziemi, poczym szybkim ruchem jedną nogą wyciągnęłam sztylet z pochwy i przełożyłam sobie do ust. W ostatniej chwili, zrzuciłam sztylet do ręki i przecięłam więzy. Odwróciłam głowę i spojrzałam w wściekłe oczy czarnowłosego, znajdujące się parę centymetrów od moich. Odepchnęłam go, a sama wyciągając przed siebie sztylet rzuciłam się mu do gardła.
- Nie krępuj się zrób to, poderżnij mi gardło, poczuj ciepło krwi na rękach. Stań się tak jak ja. – kpił mi prosto w twarz.
- Ja już dawno taka jestem. – szepcze unosząc sztylet nad piersią mężczyzny. Opuszczając go odrzuca mnie jakaś niewidziana siła. Uderzyłam w pochodnie, która swoimi iskrami zapaliła namiot jakby był ze słomy. Wychodzę z pod palącej się tkaniny. Namiot stoi w płomieniach, z jego wnętrza jakby nigdy nic wychodzi on, król królów.




__________________________________
Oto i rozdział, musiałam pisać go od początku, a mimo to i tak jest nudny jak flaki z olejem. Z jakiegoś powodu mieszają mi się czasy pi piszę w teraźniejszym, wiec możecie się spodziewać, że przyszły rozdział będzie w innej formie.

A tak apropo opowiadań grupowych, serdecznie zapraszam chętnych do popisania tego typu rzeczy na   http://www.kwiaty-bogow.darmowefora.pl/index.php