wtorek, 26 marca 2013

Pamiętnik Apokalipsy - Gorzkie przebudzenie





 

Rozdział 1

Egipt około 1650 lat p.n.e.

      Przebudzenie się było niczym  umierająca gwiazda, z jednej strony piękna, a z drugiej śmiertelnie niebezpieczna i powodująca rozczarowanie swoją słabością. Rozdarta między snem, a jawą powoli odzyskiwałam świadomość i czucie. Zmysły uśpione na tak długi czas, zaczęły się wyostrzać i wracać do normalności. Najpierw odzyskałam słuch, co spowodowało, że każda najmniejsza wibracja mnie drażniła. Byłam pewna, że odzyskałam zdolność ruchu, mimo to nie byłam wstanie nawet drgnąć, bo moje ciało napotykało twardy opór- skałę. Gruba skorupa, powodowała chęć wydostania się za wszelką cenę.
    Zaczerpnęłam odrobiny energii, na co moja skóra zareagowała światłem. Błękitna poświata stawała się coraz intensywniejsza. Otaczająca mnie skorupa zaczęła drgać, by w następnej chwili pękać. Skała rozpadała się w coraz mniejsze fragmenty, zmieniając się w pył. To samo działo się z każdym następnym metrem w moim pobliżu. Destrukcyjna energia niszczyła wszystko, nawet napotkane minerały takie jak diamenty czy korund. Śmiercionośne światło zamieniło się w wybuch tworząc mały krater. Zebrałam pozostałości energii zamieniając olbrzymi ogon, w dwie wygodne kończyny, nogi. Wstając z skały dokładnie się rozejrzałam.
   Stałam w kominie wulkanu, skierowałam mój wzrok w górę i ujrzałam przepiękne błękitne niebo bez gwiazd, nie było widać kosmosu. Poczułam się dziwnie, tak jakby gdzieś głęboko we mnie coś zabiło szybciej, co było nie możliwe, gdyż nie miałam żadnych organów. Funkcjonowałam jedynie dzięki energii, więc czemu widok nieba tak na mnie działał? Czemu sprawił, że chciałabym na nie spoglądać non stop? Czemu coś, co nie było dla mnie „pokarmem” wzbudziło mój zachwyt? Wtedy nie wiedziałam, że nic się nie dzieję bez powodu. Zrobiłam krok do przodu wyciągając dłoń w stronę wszechobecnego błękitu. Podłoże, na którym stałam zatrzęsło się, a skorupa zaczęła pękać, spod płyt wylatywał czary pył. Kamienne płyty powoli zostawały pożerane przez pokazującą się lawę. Temperatura gwałtownie wzrosła, a magma zaczęła falować niczym morze w czasie sztormu.
   Chmury dymu powoli wznosiły się ku górze zasłaniając mi widok nieba. Bez namysłu uformowałam na moich ramionach olbrzymie skrzydła złożone z samej skóry. Nie minęła chwila, gdy wzbiłam się w powietrze. Przecinałam powietrze i pył uparcie dążąc do nieba, które całkowicie pochłonęło mój umysł. Za mną uparcie Pieła się wrząca magma plując dymem i kamieniami. Nie przejmowałam się tym, ponieważ wszystko, co mnie dotknęło przestawało istnieć, spalając się doszczętnie. Po wydostaniu się z otaczającego mnie pyłu, swój wzrok skierowałam w stronę licznych krzyków i wrzasków. Pod wulkanem było umiejscowione miasto. Mój słuch był na skraju wytrzymałości, chciałam by to wszystko ucichło.
     Puściłam się z ogromną prędkością w stronę nieszczęsnego miasta. Na domy i drogi spadały ogniste kule i pył wypluwane przez wulkan. Wśród tego chaosu biegały istoty inne od wszystkich, jakie w życiu spotkałam. Dwunożne organizmy bez sierści i nieliczną ilością włosów występującą tylko na głowie. Mające na sobie jedynie dziwne materiały. Wyglądali na inteligentnych i… zrozpaczonych. Miałam ich dość. Wtedy stało się coś, co zesłało na to miasto wieczną ciszę. Z ogromnego wulkanu zwanego Thirą wylała się zabójcza fala popiołów, pogrążając Akrotiri w niemym krzyku dwadzieścia metrów pod pyłem. Nikt nie miał prawa tego przeżyć. Spoglądałam beznamiętne na te umierające istoty, nic nie czułam patrząc na kolejny koniec. Nie miałam potrzeby im pomagać, choć byłam wstanie. Podczas gdy ja wpatrywałam się w niegdyś miasto, a teraz dwudziestometrową powierzchnię pyłów, niebo zostawało zasłaniane przez dym. Moje ciało zareagowało natychmiast, po pogrążeniu przez cień.
    Podążałam ślepo przed siebie, gnając za niebem. Z ogromną prędkością ruszyłam w stronę otaczającej wyspę, wody. Dopiero, gdy wulkan zniknął mi z oczu zwolniłam, czułam się cudownie nade mną jak i pode mną rozciągało się niebo. Spoglądałam w tafle wody i widziałam swoje odbicie. Obniżyłam lot delikatnie dotykając jej powierzchni, tym samym niszcząc odbicie istoty o przezroczystej skórze, z błękitnym wnętrzem. Istotę, która miała ogromne skrzydła, a coś na kształt włosów powiewało na wietrze. Uszy wyglądały jak szpiczaste płetwy ryb, a oczy bez wyrazu i koloru wpatrywały się we mnie swoimi białkami bez źrenic i tęczówek. Swoją długą ręką uderzyłam w powierzchnie całkowicie zniekształcając obraz, przyśpieszyłam. Jedyna rzecz, której byłam pewna to, że jestem kobietą, co potwierdzały spore piersi. Nie miała pojęcia gdzie lecę, chciałam tylko czuć ten wiatr we „włosach”.
    W kosmosie nigdy nie zaznałam tej przyjemności z prędkości podczas lotu. Skrzydła sprawowały się wyśmienicie a ja nie zwracałam uwagi na mijający czas. Zatraciłam się tej prędkości. Po jakimś czasie otaczający krajobraz zaczął się zmieniać. Wszech obecną wodę, zastąpiły najpierw piaszczyste plaże z palmami, następnie łąki z wypaloną nie gdzie
trawą. Potem wszystko jakby umarło pojawiły się złote pustynie, a temperatura wyraźnie wzrosła. Niby martwe, niby opustoszałe tereny, miały w sobie coś niezwykłego, tak naprawdę były pełne życia, wystarczyła kropla wody by je obudzić. Leciałam dalej, aż natknęłam się na dziwną rzekę, zatrzymałam się nabrałam w dłonie krwisto czerwoną wodę, pełną kwitnących, mikroskopijnych glonów zabierających z wody tlen i barwiąc wodę. Na powierzchni rzeki dryfowały martwe ciała, zdechłych ryb. Zaciekawiona podążyłam w głąb lądu za wstęgą „krwawej” rzeki.
    Nie musiałam daleko lecieć, by natrafić na wielkie miasto składających się z piramid i świątyń, na pierwszy rzut oka było cudowne, ukryte wśród pisku i traw. Nagle z rzeki zaczęły wychodzić ogromne ilości żab, uciekających z zatrutej wody. Skierowały się na miasto, powodując przerażone krzyki mieszkańców. Z chęcią weszłabym tam i pozwiedzała tą intrygującą cywilizację, ale coś mnie powstrzymało, co to było nie mam pojęcia. Wzbiłam się w powietrze mocnymi derze nimi skrzydeł. Latałam nad budynkami, spoglądając na plagę żab, była istotnie interesująca, nadawałaby się do kabaretu.
     Czas mijał, a słońce chyliło się ku zachodowi. Wtedy sceneria miasta się zmieniła, do żab dołączyła wielka chmura komarów, małych istot żywiących się krwią. Nie dawały żyć mieszkańcom, kąsając ich ciała i na pamiątkę zostawiając uciążliwe, swędzące bąble. Oczywiście mnie nie miały zamiaru zostawić i pozwolić się biernie przyglądać ich ucztom. Niestety nie miały pojęcia, że ja nie jestem jadalna. Każdy, który dotknął mojej skóry, zmieniał się w pył. Zapadła noc, a na niebie pojawił się wielki srebrny księżyc, oświetlający przerażone miasto. Jego blask pochłonął mnie całkowicie, a niebo odsłaniało mi tak znany widok. Świecące gwiazdy przypominały mi lata spędzone wśród nich, w samotności. Zatraciłam się w tym niebie i wspomnieniach. Wodził nieświadomie wzrokiem za poruszającym się księżycem.
      Czas biegł szybko i zanim się obejrzałam mój piękny księżyc zniknął. Na horyzoncie pojawiła się cienka kreska pomarańczowego światła, mój wzrok spoczął na pojawiającym się słońcu, lecz tylko na moment. Przypomniałam sobie o mieście. Drobi były zaścielone zwłokami zdechłych żab. W powietrzu unosił się odór rozkładu, a w powietrzu latały zadowolone chmary much osiadających na ciałach martwych zwierząt jak i na żywym bydle, które się nieopodal pasło. Mieszkańcy nie chcieli wychodzić z domu, by nie narazić się na gryzące muchy. Nie rozumieli, dlaczego to ich spotyka. Zaczęło mi się nudzić patrzenie na tą żałosną cywilizację z góry.
      Postanowiłam się przyjrzeć z bliska jak i plagom, jak i mieszkańcom. Zeszłam na powierzchnię i wraz z dotknięciem jej rozpłynęłam się w powietrzu. Stałam się ledwo widzialna. Powoli wkroczyłam do miasta, na które spadło następne nieszczęście, bydło pozdychało przez choroby sprowadzone przez komary i muchy. Potem i ich dopadły choroby zwane wrzodami. Mieszkańcy byli jak ślepi nie zauważali mnie, mogłam stać toż kolo nich, a oni nawet mnie nie zauważyli, nie wyczuli. Z wyglądu przypominali mnie, ale mieli skórę kremową, zasłaniającą w pełni zbudowane ciało. Oni byli z krwi i kości, ja byłam esencją, która dowolnie mogła zmieniać swój kształt. Ludzie, to właśnie o nich mowa, najpierw wydali mi się słabi, ale z biegiem czasu, jaki z nimi spędziłam odwiedzałam się, że ich największą bronią jest rozum, który doprowadził ich do władzy nad światem, jak i licznych upadków.  
       Kolejny dzień chylił się ku końcowi i nic nie zapowiadało dalszych katastrof, nic bardziej mylnego, jeszcze tego wieczora na miasto spadł grad. Kule lodu wielkości pięści, spadały na nieprzygotowane miasto. Błyskawice cięły niebo, a ja? A ja stałam na środku placu i się śmiałam pierwszy rac w życiu. Kręciłam się wokół własnej osi, wpatrując się w chmury sypiące gradem, który przelatywał przeze mnie na wylot rozpuszczał się po drodze. By być niewidzialnym musiałam moją skórę zminimalizować do minimum. Grad wyglądał jak spadające gwiazdy. A jeden piorun uderzył w łąkę powodując jej zapalenie. Wybuchowa mieszanka. Zanim się obejrzałam, burza się skończyła w raz w wzejściem słońca, niosąc kolejne nieszczęście, szarańcze.  Kolonie liczące tysiące, pożerających wszystko, co się da, osobników przeczesały miasto.
     Zasłoniły miasto powodując egipskie ciemności trwające parę godzin, gdy chorda szarańczy opuściła miasto, zostawiła po sobie ogromne spustoszenia. Miasto nie wyglądało już jak dawniej, niegdyś budzące respekt, zamieniło się w miejsce walczące o przetrwanie. Zawodzący ludzie, pogrążyli się w rozpaczy i biedzie. Czas mijał i wszyscy ratowali, co się dało, robiąc największy błąd, jaki mogli popełnić. Spowodowali zbrodnie, która nie powinna się wydarzyć. Przez swoją tradycję nakarmili dużą ilością spleśniałego pożywienia swoje pierworodne dzieci, co doprowadziło do ich śmierci, kolejne ofiary, kolejna fala smutku i rozpaczy. Postanowiłam odejść, by nie patrzeć więcej na tych słabych ludzi, którzy nie byli w stanie nic zrobić. Udałam się w dalszą podróż poprzez czas i cywilizację, by dalej odkrywać te nieznane mi odtąd uczucia. Uczucia, które nie brały się znikąd, uczucia przywiązane do Ziemi.

piątek, 8 marca 2013

WIKI- rozdział 3: ,,Nowe życie"

,,NOWE ŻYCIE"
Szybko dotarłam na miejsce. Okazało się, że była to mała polana, otoczona zewsząd kwiatami i drzewami. Pomimo wczesnej godziny poczucie mnie nie myliło. On tam był. Stał, oparty nonszalancko o korę jakiegoś drzewa i przyglądał mi się z poważna miną. Od razu pobiegłam w jego stronę, po czym niemal brutalnie przycisnęłam go do pnia i wykrzyczałam prosto w twarz:
-Co mi zrobiłeś?- Ale on tylko stał i po chwili powiedział opanowanym, niemal cichym głosem:
-Ja? Nic ci nie zrobiłem.Wręcz przeciwnie, jestem tu żeby ci pomóc i gdybyś wczoraj nie wyrzuciła mnie z domu pewne rzeczy potoczyły by się inaczej- Spuścił wzrok i spojrzał na moją dłoń. Pospiesznie schowałam ja za plecami, ale moja frustracja ani trochę nie osłabła.
-Ja tego nie chce rozumiesz?- Krzyczałam dalej, a mój wzrok miotał błyskawice.
-Nie masz wyboru- Odparł przybierając ostrzejszy ton.
- Ty mi go nie dałeś- odwarknęłam
-Cóż, myśl sobie co chcesz. Jeżeli masz zamiar żyć w ciągłej świadomości, że istnieją rzeczy o których nie masz pojęcia, to proszę bardzo. Jeśli jednak zależy ci na poznaniu prawdy, jestem do twojej dyspozycji. Decyduj.- Popatrzyłam na niego łagodniej. A może on rzeczywiście chce mi pomóc?Z jego oczu aż biły szczerość i prawda. Ale co to zmienia?-pomyślałam- przy mojej sytuacji, nie miałam wyjścia, musiałam mu zaufać.Wzięłam głęboki wdech.
-Okej- rzuciłam- no więc jak to jest z tymi...-może to głupie, ale akurat to nie chciało mi przejść przez gardło
- wilkołakami?- dokończył za mnie. Przytaknęłam.
- No więc dobrze, od czego by tu zacząć- zastanowił się, a między jego brwiami pojawiła się głęboka bruzda.
-Najlepiej od początku- Podpowiedziałam.Na jego twarzy zagościł przelotny uśmiech, po czym usiadł na kępie paproci i zaczął swą opowieść
-wszystko zaczęło się bardzo dawno temu, zaraz po pojawieniu się Adama i Ewy na Ziemi- zaczął- pewnej nocy, jeden z ich synów, imieniem Evilder, poszedł na polowanie.Znacznie różnił się od swoich braci.Nie posiadał empatii i miłości, która od tamtych niemal emanowała. Ponieważ, pomimo swej siły i postury, był bardzo leniwy  nie chciał zbytnio trudzić się łapaniem zwierzyny.Wolał poczekać na coś łatwego Z opowieści ojca wiedział, że co drugą noc wataha wilków zbiera się w pobliskiej jaskini i tam zapada w głęboki sen, regenerując siły. Tej nocy także tak było.Elvider najpierw cierpliwie czekał, aż wszystkie wilki usną, po czym wyszedł zza krzaków, napiął łuk i wycelował prosto w serce dorodnej samicy. W chwili, w której gotów był już strzelić, jeden z leżących obok samców, otworzył ślepia i wlepił płonące spojrzenie w chłopaka. W jego oczach było coś tak magnetycznego, że ten nie mógł się ruszyć. Jedyne co poczuł to łuk, który bezwładnie wyślizgnął mu się z ręki. Próbował z całych sił, ale nie mógł tego przerwać. Dopiero kiedy wilk się poruszył, Elvider wybudził się, jakby z transu i rzucił się pędem w stronę osady, do której wcale nie miał tak blisko. Jednak zwierze okazało się szybsze.Jednym susem dogoniło chłopaka z zamiarem skoczenia mu do gardła.Ten jednak w porę uskoczył w bok, więc wilk zatopił kły w jego ręce, by go zatrzymać. Chłopaka ogarnął przeraźliwy ból, upadł więc na ziemię, niemal modląc się oto, by oprawca skończył to co zaczął, i tym samym skrócił jego męczarnie- Wzdrygnęłam się.Wiem coś o tym, pomyślałam, a Torgal opowiadał dalej-Bestia stała nad nim niewzruszona, po czym przemówiła niskim, gardłowym głosem:
-Popełniłeś zbrodnię i musisz za to zapłacić.Nie okazałeś należytego szacunku dla życia.Począwszy od dzisiejszej nocy do końca wszystkiego Ty i twój ród będziecie naznaczeni piętnem wilczej krwi. Będziesz musiał nauczyć się kontrolować swój instynkt, po czym przybierzesz postać wilka i to od ciebie będzie zależało, czy staniesz się na powrót człowiekiem,  czy zostaniesz bezmyślną bestią pozbawioną człowieczeństwa- Po tych słowach zawarczał ostrzegawczo i uciekł. Przez chwilę Elvider nie mógł dojść do siebie. Jak to możliwe? zastanawiał się, ludzie w tamtych czasach byli bardzo zabobonni, a sam Elvider nie należał do najbystrzejszych, więc praktycznie nie miał wątpliwości co do słów zwierzęcia.I rzeczywiście, zaczął odczuwać w sobie zmiany. Zaskakująco dobrze radził sobie z narzuconym instynktem, więc żył dalej ze swoją rodziną, przeszedł pomyślnie przemianę i niedługo potem się ożenił. Całkiem zapomniał o dziedzictwie, tym bardziej, że wilk, jak się potem okazało wiele przed nim zataił. I tak po kilku latach urodził mu się syn. Gdy skończył 20 lat Elvider widział u niego to samo, co u siebie przed laty. Zignorował to jednak. Niczego nieświadomy chłopak założył rodzinę, a wilcza przynależność jeszcze długo była przekazywana co trzecie pokolenie i jeszcze długo będzie-zakończył swą opowieść, a ja siedziałam z rozdziawionymi ustami próbując złapać oddech. Po chwili Torgal uśmiechnął się zuchwale i powiedział:
-Teraz już wiesz, dlaczego ty
- Tak, wiem- odparłam, nadal nie mogąc uwierzyć w jego historię.
-Co dalej?Dieta?Styl życia?- rzucił niby od niechcenia, ale gdy tylko zobaczył panikę w moich oczach szybko się zreflektował i spojrzał na mnie przepraszająco- Chociaż myślę, że na dzisiaj wystarczy. Tym bardziej, że siedzimy tu już ze 4 godziny- spojrzał na zegarek- jest 8:30, niedługo muszę wracać.- Co to to nie, pomyślałam. dzisiaj już nic nie było w stanie mnie zdziwić, a naprawdę chciałam się czegoś dowiedzieć o tym życiu...moim życiu. Nie mniej jednak, zimna polana, nie była odpowiednim miejscem na rozmowę
- Nie, chcę się dowiedzieć jeszcze więcej- powiedziałam, czując przypływ pewności siebie- Zapraszam cię do mojego mieszkania- uśmiechnął się pod nosem
- W porządku, ale ostrzegam, reszta jest jeszcze gorsza niż sama opowieść- powiedział tonem nauczyciela
- bardzo śmieszne- odburknełam i razem ruszyliśmy w drogę powrotną.

wtorek, 5 marca 2013

WIKI- rozdział 2 : ,,Przeznaczenie"

 ,,PRZEZNACZENIE"
-Nadszedł czas...-odpowiedział dziwnym, zmienionym głosem
-Na co?- zapytałam odruchowo
-Nadszedł czas...- powtórzył- by wypełniła swoje przeznaczenie Wiktorio Whirst- dokończył, a ja stanęłam jak wryta i zastanawiałam się , czy człowiek którego wpuściłam do domu nie uciekł z zakładu psychiatrycznego.
- Jakie przeznaczenie?- udało  mi się w końcu wykrztusić
-Naprawdę nie wiesz?- zapytał z przyganą- Czy nigdy nie zastanawiałaś się, dlaczego jesteś inna niż wszyscy?Dlaczego przyciągasz ludzi jak magnes? I skąd wziął się u Ciebie ten pierścień wokół tęczówki?- dokończył wyliczankę, a we mnie wzbierała złość.Nie pierwszy raz zwracano mi uwagę na temat moich oczu, czego nienawidziłam z całego serca.
-Taka jestem i już- rzuciłam ostro, dając upust nagromadzonym emocjom, ale on tylko zaśmiał się, jakbym powiedziała jakiś dobry dowcip. W tej chwili zupełnie nie wiedziałam co jest grane.
- Wiedziałem, że lubisz rośliny- zerknął na parapet pełen doniczek i wazonów, a uśmiech nie schodził z jego twarzy. Coś tu było nie tak. Skąd on tyle do mnie wiedział?!
-Kim ty w ogóle jesteś?! I czego ode mnie chcesz?!- Nie wytrzymałam dłuższej niepewności. Torgal nagle spoważniał
-Jak już mówiłem, nazywam się Torgal. Ale pytanie brzmi: kim TY jesteś?
- Wiem kim jestem.Jestem Wiki, przyszła studentka, która wpuściła do domu nie wiadomo kogo.
-Nie!- zaprotestował ostro, ignorując mój przytyk- Jesteś pra, pra wnuczką Kai Whirst. W twoich żyłach płynie wilcza krew. Urodziłaś się 20 lat temu podczas pełni księżyca in właśnie dzisiaj o północy Twój los się dopełni. Zaczniesz stawać się tym, kim naprawdę jesteś. Jedną z nas.- Powiedział na jednym tchu. W tej chwili przez moją głowę przewijały się tysiące myśli. Głos rozsądku podpowiadał mi, że przecież to niemożliwe. Ja wilkołakiem? Przecież wilkołaki nie istnieją do cholery! Ale to wszystko by tłumaczyło- rozległ się cichutki szept w mojej głowie-odmienność, oczy, datę urodzenia. Zbieg okoliczności? Nie wiedziałam co robić. W końcu mój racjonalizm zwyciężył i stwierdziłam, że muszę jak najszybciej pozbyć się tego człowieka.
-Wynoś się z mojego domu- Powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
- Słuchaj, wiem, że teraz jest ci ciężko w to wszystko uwierzyć, bo sam przez to przechodziłem, ale...- Nie dokończył, bo mu przerwałam.
-Wynoś się!- powtórzyłam, tym razem niemal krzycząc, a on bez żądnego słowa, wstał, a gdy wychodził położył mi coś na szafce i powiedział:
- Gdybyś zmieniła zdanie, a sądzę, że to nastąpi szybciej niż Ci się wydaje przyjdź w to miejsce. Będę tam na Ciebie czekał- po czym wziął kurtkę i wyszedł.
-Długo myślałam o tym co mnie dzisiaj spotkało. Pamiętałam jego słowa: ,,....dzisiaj staniesz się jedną z nas..." . ,,...Dopełni się Twój los...". Co miałam o tym wszystkim myśleć? A co ...jeśli to prawda?- Nie!- powiedziałam sobie kręcąc głową?- żyjemy w XXI w. , a ten człowiek najwyraźniej ma coś z głową. Ale z drugiej strony...- Nie- nie ma żadnej drugiej strony. I nie chcę żeby była- dodałam w duchu.
Było dopiero koło 22:00, ale postanowiłam położyć się wcześniej. W mawiałam sobie na siłę, że jestem zmęczona, choć tak naprawdę wcale nie byłam. Pomimo, ze nie wierzyłam w to, co powiedział mi Torgal. bałam się. Bardzo się bałam. Załóżmy ( czysto hipotetycznie), że to prawda. Co takiego wydarzy się dzisiaj o północy? Nie chciałam teraz o tym myśleć. Wcale nie chciałam o tym myśleć. Chciałam wymazać z pamięci całe dzisiejsze popołudnie, a może nawet cały dzień. Wzięłam więc szybki prysznic i poszłam do łóżka. Jednak tam ponure myśli znowu powróciły ze zdwojona siłą.
,,Czy to prawda?"
,,Czy one naprawdę istnieją, a ja miałam stać się jedną z nich?"
,, Dlaczego ja?"
To była moja ostatnia myśl przed zaśnięciem, lecz gdy tylko przymknęłam powieki zaczęły pojawiać się pod nimi straszne obrazy. Okropne koszmary, których nie mogłam przerwać. Obudził mnie niewyobrażalny ból w klatce piersiowej. Wrażenie było takie, jakbym połknęła wielka kulę ognia, która zaczęła we mnie płonąć. Znad pół przymkniętych powiek spojrzałam na zegarek. 23:59. Nie proszę, tylko nie to- Zdołałam pomyśleć i w tej chwili ból w klatce piersiowej zelżał, ale zanim to do mnie dotarło, ogień powrócił ze zdwojoną siłą i choć tylko do lewej dłoni. był nieporównywalnie gorszy od poprzedniego. Podniosłam się z łóżka, jakimś cudem dotarłam do łazienki, po czym upadłam na zimną posadzkę i wiłam się z bólu. Po jakimś czasie, który zdawał się być dla mnie wiecznością i ten ból odszedł niezastąpiony już żadnym innym.Po omacku wstałam, oparłam się o umywalkę i spojrzałam w lustro i ujrzałam w nim siebie. Dzięki Bogu. Nie wiem czego się spodziewałam, ale ten widok choć na sekundę wprawił mnie w stan ulgi. Opuściłam głowę i mimowolnie spojrzałam na lewą dłoń, po czym podniosłam ją, by móc się lepiej przyjrzeć.-O nie- powiedziałam po raz kolejny, bo to co zobaczyłam, było niepodważalnym dowodem na to, że Torgal mnie nie oszukał. Po wewnętrznej stronie, widniał półksiężyc. Wyglądał przy tym, jakby został wypalony. Bezwładnie usiadłam na podłodze. Nie czułam się jak człowiek. Raczej jak drewniana kukła. W głowie miałam tyle myśli. Przecież to oznaczało, że całe moje życie było jednym wielkim kłamstwem. Ale jedna myśl nie dawała mi spokoju- Jestem.Wilkołakiem.I co teraz?. Mam dosyć bujna wyobraźnie, więc w moim umyśle natychmiast zaczęły się pojawiać budzące grozę obrazy.-On mi to zrobił.To wszystko przez niego- Takie były moje ostatnie słowa. Wyjęłam kurtkę z szafki, wsunęłam nogi  w adidasy, chwyciłam kartkę pozostawioną przez Torgala i pomimo, iż była 4:00, ruszyłam w owo nieznane miejsce, by wypełnić narzucone mi przeznaczenie...

Lisa /Pamiętnik Apokalipsy - Prolog



Pamiętnik Apokalipsy - Prolog



    Nigdy nie zastanawiałam się nad czasem, nie miał dla mnie najmniejszego znaczenia, nie obchodziło mnie czy minęła właśnie minuta, czy może rok. Podejrzewam, że to dlatego, że zawsze byłam sama i nie miałam, z kim dzielić czasu. Nigdy bym nawet nie pomyślała, że będę go kiedyś chciała zatrzymać lub cofnąć. Chociaż… Jak teraz się zastanowię to w przeszłości dużo nie myślałam. Interesowała mnie tylko jedna rzecz, a mianowicie – niszczenie planet w celu pozyskania z nich energii niezbędnej mi do życia. 
   Wiecznie sama, nieśmiertelna, bez sumienia i uczuć, przemierzałam galaktykę patrząc na rozwijające się planety i ich upadki. Spoglądałam na gaśniecie i powstawanie nowych gwiazd. Byłam istotą zrodzoną z najczystszej energii powstałej w wybuchu super nowej.
     Istotą bez ciała i duszy, maszyną do niszczenia i gromadzenia energii, z której sama się składałam. Niszczyłam by żyć, żyłam by niszczyć. Nie posiadałam czegoś takiego jak dusza, więc nie miałam też sumienia. Po miliardach lat wędrówki po wszechświecie, wypełniając swój obowiązek, dotarłam do ciekawej gwiazdy, zwanej Słońcem, w jego układ wchodziły cztery planety i pięć gigantów gazowych interesująca była trzecia planeta od Słońca, o błękitnej barwie. Czułam od niej niesamowity zasób energii, by ją pozyskać musiałam zejść na jej powierzchnie. Schodząc do atmosfery widziałam wielki zielony teren otoczony wodą. Miałam nadzieję na jak mniej inwazyjną wizytę, co się nie udało. Nabierałam ogromnej prędkości, aż przybrałam postać ogromnej, ognistej kuli, która wbiła się w ocean. Opadałam na dno, niespokojna woda zaczęła tworzyć gigantyczne fale. Doskonale czułam wzywającą mnie energię.
  Płynęłam, a moje eteryczne ciało zaczęło świecić w głębinach. Spojrzałam na moje długie ręce zakończone dłońmi przypominającymi płetwy połączone z palcami. Przezroczysta skóra ukazywała moje wnętrze złożone z biało- niebieskiej energii. Byłam wstanie zmienić swój wygląd przez ułożenie skóry. Delikatnie zmieniłam swoje dolne kończyny w sprawny ogon i zaczęłam przeczesywać dno szukając źródła wyczuwalnej mocy. Bezskutecznie. Wiedziałam, że jestem blisko, a nie mogłam się do tego dostać. Zdawałam sobie sprawę, że to, czego szukam jest w stanie zniszczyć jedna trzecią galaktyki, więc nie mogłam sobie pozwolić na zniszczenie planety, dopóki tego nie zdobędę.
     Dotarłam do podwodnego wulkanu, przez, który zaczęłam kierować się do jądra. Gorąca magma była dla mnie niegroźna, była wręcz relaksująca, czułam się jak w chłodnej gwieździe. Wejście do jądra planety nie było proste, musiałam uważać na ostre minerały, by nie naruszyć planety. Potrafię sobie wyobrazić reakcję, któregoś z promieniotwórczych minerałów z moją esencją, czy choćby skórą… wyszedłby taki jeden wybuch, lub coś nowego i niebezpiecznego. 
     Zawsze uważałam, że energia potrafi tworzyć piękne rzeczy, np. jądro planety zawsze jest okalane pięknymi minerałami. Źródłem każdego ciała niebieskiego jest sam środek jądra Przy odpowiedniej pomocy można nadać tej sile kształt. Wysłałam fragment mojej esencji, tworząc coś na kształt mojej skóry. Zaczęłam formować jądro, które zaczęło przypominać kwiat, już miałam sięgnąć po zdobycz, gdy powłoka zaczęła pękać. Wtedy to ujrzałam w jadrze błękitnej planety było tysiące maleńkich kryształów, które były w stanie każdy z osobna stworzyć czarną dziurę. Siła uwolnienia tak ogromnej energii naruszyła moją esencję, nie byłam w stanie nic zrobić, byłam zmuszona się wycofać. Zaczęłam tracić siły. Mój umysł zapadł w hibernację, by naprawić uszkodzenia. Jeszcze wtedy nie interesowała mnie sytuacja na powierzchni. Nie przypuszczałam, że moje przybycie, doprowadzi do rozwoju bardzo ciekawej istoty: człowieka.  
 

sobota, 2 marca 2013

WIKI- rozdział 1

,,PRZYJĘCIE URODZINOWE"
- Zdążysz, masz jeszcze dużo czasu- Powtarzałam sobie w myślach, mając złudną nadzieję, że jednak nie spóźnię się na własne przyjęcie urodzinowe. Organizatorami tych że urodzin byli, jak co roku rodzice -dzisiaj kończyłam 20 lat więc chyba powinnam być samodzielna i odpowiedzialna, ale teraz, niczym małe dziecko, stałam przy lusterku i uparcie starałam się zrobić idealną kreskę na powiece. Kiedy po wielu próbach uznałam, że ,,może być" przyjrzałam się sobie uważniej. Bujne włosy w odcieniu miodu spływały mi lekko na ramiona, a grzywka częściowo zasłaniała usłaną piegami buzię. Najbardziej w swojej urodzie nie lubiłam oczu, być może dlatego, że były inne niż u wszystkich dookoła? Nie wiedzieć czemu, moja tęczówkę okalał dziwny, czarny pierścień, który dość mocno kontrastował z niebieskimi oczami. Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk telefonu. Aż podskoczyłam, lecz nim odebrałam przelotnie spojrzałam na wyświetlacz: No tak, mama, a któż by inny?
- Halo?- W moim głosie dało się wyczuć zupełnie niezamierzoną nutkę rozdrażnienia, lecz ona była zbyt zdenerwowana, by zwrócić na to uwagę.
- Wiki gdzie jesteś? Zaraz zjawia się goście-Niemal widzę, jak bardzo próbuje ukryć irytację
-  Już wychodzę, będę za 5 minut, cześć!- szybko się rozłączyłam, założyłam buty, narzuciłam lekki płaszczyk ( jak na koniec sierpnia było dosyć chłodno) i wyszłam. Moi rodzice mieszkali 4 domy dalej, nic więc dziwnego, że już po chwili byłam przy furtce. Ku mej uciesze otworzył mi tata, a kiedy razem szliśmy w stronę domu szepnął mi do ucha:
-Dobrze, że już jesteś, matka od godziny siedzi jak na szpilkach.
Uśmiechnęłam się tylko i weszłam do środka. Nie zdążyłam odłożyć torebki, a wspomniana wyżej kobieta, przy czym jej mina wyrażała ogromna ulgę. Ubrana była jak zawsze nienagannie, w długi ciemny cordigan i czarne spodnie. Włosy do ramion, delikatnie okalały jej twarz i duże, ufne oczy w tym samym kolorze co moje.
- Nareszcie!- powiedziała tylko, i już po chwili siedzieliśmy przy stole czekając na gości. Pierwsza zjawiła się moja najlepsza przyjaciółka, Angela, niewysoka blondynka o niebieskich oczach. Podbiegła do mnie ubrana w śliczną, lazurową sukienkę, pocałowała powietrze obok mojego policzka i poszła przywitać się z rodzicami. Nie minęło pół godziny, a dom zapełnił się ludźmi: mój kumpel Matt, szef ojca wraz z żoną, babcia Laura, a także pewien wysoki mężczyzna, będący koło 40 o ciemnej karnacji, którego widziałam pierwszy raz w życiu, ale uznałam, że nie warto zaprzątać sobie nim głowy, ponieważ nie tylko oni w naszej rodzinie mieli tendencję do zapraszania nieznajomych. Po odśpiewaniu klasycznego ,,sto lat" przyszedł czas na prezenty. Przeczuwałam, że będę zadowolona i nie zawiodłam się. Pierwsza paczka ( zapewne od mamy i taty, sądząc po kwiatowym papierze) zwierała złoty medalik w kształcie serca z moimi inicjałami. Następny prezent niemal zwalił mnie z nóg. Ogromne pudło, a w środku równie wielki misiek. Bez wątpienia był to prezent od Angeli. W następnych paczkach znajdowały się: moja ulubiona książka, perfumy Chanel, oraz...breloczek przedstawiający księżyc w pełni. Zdziwiło mnie to trochę, ale wzruszyłam tylko ramionami, ponieważ był naprawdę ładny. Gdy wszyscy rozeszli się do domów pomyślałam, ze i na mnie już pora, więc pożegnałam się z rodzicami i ruszyłam w drogę powrotną. Zabrało mi to trochę więcej czasu, ponieważ po pierwsze, pomimo nieocenionej pomocy rodziców, byłam naprawdę zmęczona , a po drugie nigdzie już się nie spieszyłam. Szłam więc powolnym krokiem, opakowana prezentami, a kiedy wreszcie dotarłam do domu, odłożyłam prezenty na szafkę i dosłownie rzuciłam się na łóżko. Jednak jakieś 10-15 później usłyszałam dzwonek do drzwi, ale ani myślałam wstać, naciągnęłam więc tylko poduszkę na głowę i leżałam dalej. Ale ten ktoś był nadzwyczaj upierdliwy, więc w końcu, z wielkim oporem zwlokłam się z łóżka i poszłam zobaczyć kto to. Najbardziej spodziewałam się sąsiadki spod trójki, która po raz kolejny zrobi mi wykład o tym jaka hałaśliwa i ogólnie głupia jestem. Jednak, kiedy otworzyłam drzwi zobaczyłam tego samego mężczyznę, którego nie mogłam rozpoznać na przyjęciu. Bynajmniej nie była to sąsiadka.
-Witaj, Wiktorio- drgnęłam na dźwięk mojego pełnego imienia
-czy my się znamy?- Odpowiedziałam zbyt szybko i zbyt ostro, bo nieznajomy, skrzywił się nieco, zaraz jednak na jego usta powrócił uśmiech.
-Ależ oczywiście, przecież byłem na Twoich urodzinach. Pozwól więc, że się przedstawię. Nazywam się Torgal, czy mogę wejść, by wyjaśnić Ci cel mojej wizyty?- zapytał pewnym siebie głosem
-Proszę....- z jednej strony się bałam, ale z drugiej byłam też bardzo ciekawa. Torgal wszedł do mieszkania i usiadł swobodnie na kanapie, jakbyśmy znali się od lat. Ja postanowiłam usiąść na jednym z kuchennych krzeseł, by zbytnio się nie zbliżać.
-A więc...-zapytałam niepewnym głosem- co pana do mnie sprowadza?