sobota, 7 września 2013

Pamiętnik Apokalipsy - Niszczycielskie uczucie

Rozdział 8

Płomienie odchylały się przed panem Grecji, nie ważyły się nawet go tknąć.  Agamemnon z gracją wyszedł z płonącego namiotu. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, nie byłam wstanie wyczytać kompletnie nic, tak jakby był martwy.
 - Myślałaś, że byle ogień zrobi mi krzywdę? Jestem królem królów i ogień towarzyszy mi na każdym kroku.
 - Więc czemu nie pozostałeś w tym namiocie, czemu nie zgasiłeś płomieni, czemu pozwoliłeś spłonąć swojej własności? – pytam. Jako odpowiedz dostaje jedynie szyderczy śmiech. Wokół nas stoi już horda zaniepokojonych wojowników.
 - Ogień to żywioł, którego nikt nie powstrzyma, sam wybiera sobie ścieżki.  – spogląda na cienką kreskę światła na horyzoncie. Świt. Siedziałam w tym namiocie dłużej niż myślałam. – Widzisz ten wschód słońca? To znak od bogów, znak mojego zwycięstwa. Troja będzie moja. – mówi z uśmiechem na ustach, po czym zwraca się do wojowników by mnie zabrali i porządnie przywiązali. – Niedługo wrócisz do swojej Troi i pokłonisz mi się, gdy ja będę siedzieć na tronie.
Grecy momentalnie wykonali rozkaz. Podczas prowadzenia w kolejne miejsce, miałam okazje obejrzeć swoje nadgarstki, bransolety dosłownie wtopiły mi się w ręce.  Gdybym była prawdziwym człowiekiem zapewne teraz lała by się z nich krew. Spróbowałam poruszyć miecz jednego z wojowników. Nic. Mimo zniszczenia bransolet, nadal blokują moje zdolności. Zostałam zrzucona do jakiegoś ciemnego namiotu, następnie porządnie do czegoś przywiązana.  Zalała mnie fala zmęczenia, moja głowa opadła bezwładnie.
                                                                            ~*~
Obudziło mnie mocne szarpnięcie. Otworzyłam oczy stałam teraz twarzą w twarz z Greckim władcą. Był wściekły.
- Idziemy! – Wyprowadził mnie na zewnątrz. Wszystkie moje siły mnie opuściły, ledwo stałam na nogach. Spojrzałam pół przytomnym wzrokiem na horyzont. Słońce zachodziło. Pytania jedno po drugim nachodziły moje myśli. Musiałam spać co najmniej dwanaście godzin. Nie miałam zielonego pojęcia, co się działo podczas, gdy ja spałam. Mężczyzna mnie szarpał, mamrocząc, że to przecież niemożliwe. Popchnął mnie, a ja poleciałam na piasek. – Możecie z nią zrobić co tylko chcecie, nie jest mi już potrzebna. – odezwał się do stojących nade mną greków i poszedł. Nie miałam siły się podnieść, podeszło do mnie trzech, wysokich greków z swoimi nieczystymi zamiarami wypisanymi na twarzy. Jeden złapał moją rękę i podniósł do góry. Bolało. Miałam mroczki przed oczami i nic nie byłam wstanie zrobić, czułam się pozbawiona energii. Słowa wypowiadanie przez mężczyzn docierały do moich uszu zniekształcone. Moją twarz pozbawioną emocji, niczym maska, zasłonięta była pojedynczymi pasmami włosów. Mój umysł opanowały myśli, związane z przeszłością. Cóż to za upokorzenie. Z tym jednym niewypowiedzianym zdaniem wróciła moja determinacja. Już miałam się rzucić na napastnika, gdy ten runął na piasek, opadłam na piasek i patrzyłam się na niego nie rozumiejąc, co się stało. Moje rozmyślenia przerwał niewyraźny kontur blond włosów i silne ramiona przerzucające mnie sobie przez ramię. Pięknie się zapowiadało, kolejna wyprawa wbrew własnej woli. Tak jak się domyślałam, zostałam zaniesiona do, gdzieżby indziej, jak do namiotu. Blondyn położył mnie na czymś miękkim. Spojrzałam na jego twarz, parokrotnie zamrugałam i wyostrzyłam obraz.
- Achilles? – pytam lekko skołowana. Za dużo wrażeń po tych wszystkich latach spokoju.
- A kogo się spodziewałaś, Hektora? Agamemnona? Wybacz, że cię rozczarowałem.
- Owszem, wolałabym spotkać Hektora, niż kogokolwiek z was. – przyznałam. Spojrzałam mu prosto w oczy i doznałam tego uczucia przyciągania. 
- Trudno, będę musiał ci wystarczyć. – przybliżył się odrobinę. – Thanatos, moja bogini nie obawiaj się mnie, nie zrobię ci krzywdy. –prychnęłam mało elegancko, byłam na skraju wyczerpania, zapomniałam o całej etykiecie wpajanej przez ostatnie lata.
- Bogowie to jedynie nieśmiertelni głupcy, lubiący się bawić w władców. Nic nie znaczą i nigdy nic znaczyć nie będą.
- Ostre słowa jak na kapłankę.
- Kapłani nie mają nic wspólnego z tą farsą, jedynie są o jeden szczebel od nich niżej.
- Są? Nie zaliczasz się do nich?
- Nie.
- Te znaki mówią co innego.
- Myśl co chcesz, ale jestem zupełnie kim innym i to się nigdy nie zmieni, choćbym bardzo tego chciała.
Achilles spojrzał na mnie nieprzeniknionym wzrokiem. Poczułam się naga, jego wzrok przewiercał mnie na wskroś.
- Czemu w takim razie dałaś się złapać?
- To jest dobre pytanie, miałam swoje powody.
- Więc zdradź mi choć jeden – wyszeptał i przybliżył swoją twarz do mojej. – Jakiego czaru użyłaś, że twa twarz zaprząta moje myśli. – Nasze wargi się złączyły.

Pierwszy raz czegoś takiego doświadczyłam. Jego wargi, język, rozpalały moją skórę. We mnie coś drgnęło. Zachłannie całowałam jego usta, nie zważając na rozsądek, mój umysł się wyłączył. Zostało jedynie nowo poznane uczucie, pożądanie. Jego dłonie błądziły po moich plecach, jeszcze podburzając ogień wewnątrz mnie.  Czułam przypływ energii. Moja egzystencja potrzebowała tego, jak człowiek powietrza. W jego oczach widziałam odbijające się światło moich oczu. Jego dłonie schodzące w dół po moich plecach, moje ręce w jego długich włosach, nakazujące by nie przestawał. Sigma błyszczały w ciemnym namiocie, oświetlając naszą pogrążoną w odmętach namiętności parę.    




Teraz wyjaśniam bo potem mogę zapomnieć. nasza droga bohaterka, została oddana ponieważ, grecy przegrali pierwszą bitwę, potem to opiszę, w jakiś sposób.
A tak apropo, jakbym miała pisać tą historię od nowa, zmieniłabym charakter Thanatos, ale już trudno.

przepraszam za jakość rozdziału, postaram się by kolejny już był lepszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz